Po książkę Stephena Guise’a sięgnęłam dzięki rekomendacji Dominika Juszczyka*. Książeczka ta (bo trudno mi nazwać ją inaczej – ma raptem 136 stron i jest wielkości zeszytu szkolnego) jest napisana zwięźle, ale nie lakonicznie. W skrócie: autor opisuje wypracowaną przez siebie metodę realizacji celów.
Jest ona wyjątkowo prosta. Zacznij działanie od małej rzeczy, robionej codziennie. Tak małej, żebyś nie miał żadnej wymówki. Może Ci się ona nawet wydawać “śmiesznie mała”. Chodzi o to, żebyś nie bazował na sile własnej woli. Może to być, na przykład, 1 przysiad. Napisanie 50 słów. Albo przeczytanie 2 stron książki. To jest Twój plan minimum. Taki powinien być Twój codzienny cel. Ale, powiedzmy sobie szczerze, jak już wstaniesz z krzesła i zrobisz ten jeden przysiad, to pewnie zrobisz kolejny. Jak przebrniesz przez 50 słów, to jest szansa, że napiszesz ich więcej. I tak też będzie się często działo. Ale gdy masz gorszy dzień i nie chce Ci się ćwiczyć – zrób tylko jeden przysiad. Na to zawsze znajdziesz czas. Ciężko znaleźć uzasadnienie dla wymówki: “nie miałem dziś 10 sekund żeby zrobić przysiad”. Sam słyszysz jak to absurdalnie brzmi, prawda?.
Taka metoda walczy z przekonaniem “wszystko albo nic”.
“Nie mam czasu jechać na siłownię na trening” (bo, jak wiadomo, trening to MUSI być na siłowni, rozgrzewka KONIECZNIE co najmniej 15 minut i tyle samo rozciągania). Więc nie robię nic.
“Nie mam czasu chodzić na zajęcia z angielskiego 2 razy w tygodniu” (czy wiesz, że jak siądziesz do słówek codziennie po 15 minut, to w sumie jest to 1 godzina i 45 minut – to więcej niż 2 lekcje!). Więc nie robisz nic.
Znasz to?
Do takiej zmiany podejścia chce Cię przekonać Stephen – wprowadzać zmiany małymi krokami. Stosując mininawyki.
A co mnie dały “Mininawyki…”?
Już w trakcie czytania wpadłam na mininawyki, które mogę wdrożyć. Zaczęłam od trzech – zaczerpnięty od autora nawyk pisania 50 słów dziennie, poświęcenie 10 minut dziennie na naukę obsługi nowego narzędzia, w którym pracuję, oraz ostatni – wchodzenie po schodach na półpiętro biurowca.
I jak? Uruchomiłam bloga, bo w końcu miałam co na nim opublikować. Ogarnęłam nowe narzędzie i nie stanowi już ono dla mnie żadnej bariery. A do biura codziennie wchodzę po schodach, aż na czwarte piętro (jakoś jeszcze nie skorzystałam z windy na półpiętrze).
Na koniec rada ode mnie. Jeżeli tak jak ja, macie nieuleczalną przypadłość do zapominania o swoich postanowieniach, nastawcie sobie przypomnienie w telefonie. Przed godziną przyjazdu do biura – przypomnienie o wchodzeniu po schodach. Po obiedzie, o 10 minutach na naukę. Wieczorem o pisaniu. Nie korzystam z nich cały czas, ale, powiedzmy, przez tydzień lub dwa.
Jak nic Ci nie przychodzi od razu do głowy, możesz zajrzeć na stronę książki i skorzystać z propozycji.
Nawyki może są mało romantyczne, ale przynoszą największy zwrot z inwestycji w dłuższej perspektywie.
Co myślisz o tej metodzie? Podejmiesz próbę? Jakie będą pierwsze mininawyki jakie wdrożysz?
*Dominik zajmuje się talentami Gallupa i produktywnością. Koniecznie go odwiedź!
Wymyśliłam sobie taki cykl – “Z mojej półki”. Nazwa jak nazwa. Chodzi o to, żeby podzielić się książkami, które odmieniły moje życie. Wkurza mnie, gdy wydam kasę na książkę nijaką, bez wartości, po prostu kiepską. Cel jest prosty – chcę stworzyć listę pewniaków. Książek, którym warto poświęcić czas.